Tajemnica cierpienia

30 września 2009 | Dodaj komentarz »

1. Cierpienie nie jest tajemnicą.

Cierpienie nie jest tajemnicą. Cierpienie otwiera na tajemnicę. Dzięki cierpieniu człowiek może doświadczyć tajemnicy, uczestniczyć w niej. Wówczas cierpienie staje się tajemnicą, ale w znaczeniu bardzo pozytywnym, tajemnicą, w której pragnie się uczestniczyć. man[40x5][1]

W często wypowiadanym stwierdzeniu: „Cierpienie jest tajemnicą” zawiera się pewien skrót myślowy. Osoby wypowiadające te słowa, dokonują przejścia od razu na płaszczyznę metafizyczną, prowadząc rozważania teologiczne, zachęcając do modlitwy, do oddania się Jezusowi. Ale, aby można było wejść na tę płaszczyznę, trzeba najpierw uświadomić sobie to, co związane jest z doświadczeniem fizycznym. Z fizjologicznego punktu widzenia cierpienie jest stanem wywołanym bólem, niedomaganiem organizmu, każdą przykrą sytuacją. W przypadku konkretnego cierpienia można o nim powiedzieć wiele. Potrzebna tu jest kompetentna wiedza konkretnego specjalisty. Także cierpienie psychiczne (i fizyczne) wynikające z agresji jednej osoby wobec drugiej można przeanalizować i znaleźć jego konkretne przyczyny. Również ból i cierpienie wywołane śmiercią dziecka, młodego człowieka, np. ginącego w wypadku samochodowym, powinny być racjonalnie przeanalizowane w celu znalezienia naturalnych powodów takiej tragedii.
W cierpieniu zawiera się także drugi aspekt, będący poza zasięgiem rozumności, logiki. Tajemnicą cierpienia jest ta płaszczyzna, na której, dzięki wierze, może dokonać się przemiana złego i niedobrego uczucia w wartość nieogarnięta ludzkim umysłem. Jednak bez zbadania i wyjaśnienia racjonalnego uzasadnianie metafizyczne będzie niepełne. Pytanie: dlaczego? jest pytaniem z zakresu racjonalności, wymagającym szukania odpowiedzi na płaszczyźnie medycyny, psychologii, prowadząc także badanie innymi właściwymi metodami (np. w przypadku wypadku drogowego, przestępstwa). Jednak pytania: po co? jaki jest sens tego cierpienia? są już pytaniami z zakresu metafizyki. Potrzebne jest tu przejście z płaszczyzny analizy na płaszczyznę wiary. Poprzestawanie na poziomie: dlaczego? bez próby wniknięcia w sens nadprzyrodzony, prowadzi najczęściej do smutku, braku nadziei, rozpaczy. Potrzebne jest stwierdzenie: „jeżeli tak się stało, z tych bardzo konkretnych powodów, to ja z tym zrobię coś więcej”. Tak więc pytanie: po co? powinno być jak najprędzej zastąpione pytaniem: co ja mogę z tym zrobić? Na taki problem odpowiedź znajdziemy w postawie i nauczaniu Jezusa, w Słowie Bożym.[1]
Jest to jednak ta tajemnica, której nie trzeba zgłębiać rozumem, lecz trzeba ją praktykować. Bardzo podobną zasadę musimy zastosować wobec największych tajemnic naszej wiary, szczególnie wobec Eucharystii. Jezus zachęca nas do przyjęcia tych prawd na płaszczyźnie wiary ufnej, naiwnej, dziecięcej i potwierdzenia postawą ich przyjęcia. W zakresu tajemnicy obecności Boga w cierpieniu i możliwości dialogu z Nim na tej płaszczyźnie, uczynienia z bólu wartości, przemiany smutku w radość, Biblia pokazuje bardzo wiele przykładów. Natchnione Słowo Boże ukazuje nam konkretne treści z dziedziny wszystkich największych tajemnic wiary. Są one zapisane i przekazane zgodnie z zamysłem Bożym w takiej ilości i w takiej formie, która pozwala na wniknięcie w ich głębię na tyle, na ile Stwórca chce, aby ludzie ją zgłębili w danym momencie i miejscu.
Tajemnica cierpienia, tajemnica możliwości wykorzystania tego doświadczenia, a więc sposób praktykowania, realizacji tej tajemnicy, objawiona jest w wielu miejscach Biblii, szczególnie w Nowym Testamencie. Najpełniej zawiera się ona w drodze cierpienia Jezusa, zapowiedzianej przez proroków, szczególnie w czwartej pieśni o Słudze Pańskim:

„Któż uwierzy temu, cośmy usłyszeli? na kimże się ramię Pańskie objawiło? On wyrósł przed nami jak młode drzewo i jakby korzeń z wyschniętej ziemi. Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie. Wszyscyśmy pobłądzili jak owce, każdy z nas się obrócił ku własnej drodze, a Pan zwalił na Niego winy nas wszystkich. Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić, nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony, jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich. Po udręce i sądzie został usunięty; a kto się przejmuje Jego losem? Tak! Zgładzono Go z krainy żyjących; za grzechy mego ludu został zbity na śmierć. Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi, i w śmierci swej był na równi z bogaczem, chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy i w Jego ustach kłamstwo nie postało. Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem. Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy, ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, a wola Pańska spełni się przez Niego. Po udrękach swej duszy, ujrzy światło i nim się nasyci. Zacny mój Sługa usprawiedliwi wielu, ich nieprawości On sam dźwigać będzie. Dlatego w nagrodę przydzielę Mu tłumy, i posiądzie możnych jako zdobycz, za to, że Siebie na śmierć ofiarował i policzony został pomiędzy przestępców. A On poniósł grzechy wielu, i oręduje za przestępcami” (Iz 53, 1-12).

Jezus odsłania część tajemnicy cierpienia, istoty tego stanu, ale nie w znaczeniu: czym ona jest, jak ją zrozumieć i zdefiniować, tylko w znaczeniu realizacji, urzeczywistniania tej tajemnicy prze udział w niej.
Cierpiący człowiek może wejść w specyficzny rodzaj dialogu z Bogiem, na płaszczyźnie swojego przykrego doświadczenia. Dzięki wierze możliwe jest otwarcie się na taki rodzaj i wielkość Bożej łaski, która przyczyni się do przemiany smutku w radość, porażki w zwycięstwo. Prawda ta zawiera się w Jezusowym nauczaniu:

„Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni” ( Mt 5, 4).

Częścią tej tajemnicy jest także i to, że zaakceptowane cierpienie, przeżywane we współpracy z Bogiem, może przynieść korzyści bezkresne. Staje się pożytkiem zarówno dla chorego, jak i dla rzeszy ludzi jemu towarzyszących, bliskich i obcych, ale także dla ogromnej rzeszy, wręcz dla całej ludzkości, współpracując z Jezusem w odkupieniu świata.

2. Przyczyny, źródła, rodzaje cierpienia

Jednoznaczne stwierdzenie, że grzech jest przyczyną cierpienia i śmierci jest niewystarczające. Człowiek został stworzony jako istota śmiertelna. Taka jest natura wszystkich istot żywych. Wszelkie stworzenia podlegają procesowi przemiany, starzenia, wyeksploatowania, obumierania. Nie można powiedzieć, że przyczyną śmierci zwierząt (także i roślin) jest grzech pierworodny człowieka. One obumierają, gdyż taki jest naturalny proces rozwoju organizmów żywych, do których człowiek także zalicza się.
Adam spacerując po Raju był również narażony na ból. Kiedy nadepnął na gałązkę krzewu kolczastego i skaleczył stopę, doznał przykrego doświadczenia, nie z powodu grzechu, lecz ze względu na zadziałanie biologicznych mechanizmów. Krwawienie, ból zasygnalizowały mu, że pojawiło się zranienie, które trzeba obmyć, opatrzyć, aby nie doszło do krwotoku, do infekcji. Kiedy zdarzyło mu się spaść z drzewa, na które wchodził po słodkie owoce i złamać rękę, lub kiedy najadł się trujących roślin, bezsprzecznie podlegał cierpieniu fizjologicznemu, zupełnie naturalnemu. Nie można zaprzeczyć, że także komórki rakowe i wszelkie bakterie, wywołujące nieprzyjemne dolegliwości, są częścią stworzenia, a nie skutkiem grzechu pierworodnego. Musimy pamiętać, że w Raju, oprócz drzewa poznania dobra i zła, którego obecność przyczyniła się do upadku pierwszych ludzi, był również drzewo życia:

„…drzewo życia w środku tego ogrodu…” ( Rdz 2,9).

Prawdopodobnie człowiek musiał regularnie spożywać z niego owoce, aby odnawiać swoje życie[2]. Było to zewnętrzne źródło nadprzyrodzonej mocy, siły, łaski, dającej możliwość łagodzenia bólu, uniknięcia śmierci z naturalnych fizjologicznych powodów. Owszem, ludzkie ciało i wszelkie organizmy żywe posiadają możliwości walki z dolegliwościami, ale jednak nie ze wszystkimi, skoro Bóg od początku udostępnił człowiekowi zewnętrzne źródło pełnego, doskonałego wsparcia.
Grzech pierworodny wprowadził inny rodzaj cierpienia. Ból fizjologiczny i związane z nim cierpienie towarzyszyło człowiekowi od początku. Zapewne także od zawsze towarzyszyła człowiekowi świadomość, że tego rodzaju boleść jest nieunikniona i można tylko przez ostrożność, szacunek wobec przyrody, przez jej poznawanie, zmniejszyć jej zasięg i skutki. Zapewne też od początku człowiek miał w sobie zdolność wykorzystywania tego stanu do głębszych celów. To pierwotne cierpienie było dobre, tak jak całe stworzenie: „A Bóg widział, że wszystko co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1, 31). Jeżeli po nadepnięciu na kolec, ów pierwszy człowiek odczuwał ból, było mu nieprzyjemnie, smutno, może zapłakał (wszystkie uczucia także są częścią stworzenia), pożalił się, to jego stan stawał się dla niego okazja do poznania siebie, rządzących nim mechanizmów, uczuć, do lepszego poznania przyrody, ale także do budowania odporności na ból, umiejętności radzenia sobie z nim, przezwyciężania tego stanu, panowania nad nim. To wszystko pomagało w szerszym rozwoju osobowości człowieka, która została stworzona jako otwarta, poznawcza, rozwijająca się. Doskonałość stworzenia (przed grzechem pierworodnym) nie oznaczała wszechwiedzy, pełni panowania nad uczuciami, pełni poznania siebie i świata. Już po stworzeniu ludzie otrzymali nakaz czynienia sobie ziemi poddanej:

„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi”(por. Rdz 1, 28).

Owo czynienie „poddanej” to trud poznawania, odkrywania, wykorzystywania, także i siebie samego.
Ból po przykrym wypadku stawał się również okazją do realizacji dzieł miłosierdzia wobec zbolałego. Druga osoba mogła otrzeć łzy, opatrzyć ranę, przytulić, pocieszyć. Mogła dostrzec, że w ten sposób przynosi ulgę cierpiącemu, przywraca radość, harmonię wewnętrzną. Mogła także u siebie dostrzec wiele płaszczyzn i stanów, które otwierają się u człowieka poprzez doświadczenie pielęgnowania chorego. Zapewne też odczuwała wielką przyjemność, z tego powodu, że ten potrzebujący, dzięki niej, ucieszył się. Może im obojgu w takich chwilach płynęły łzy szczęścia, doświadczali głębokiego uniesienia. Jeno z powodu odczucia ulgi, drugie z powodu rozumienia istoty przekazanego daru. Doświadczali współczucia, wzajemnej zależności, radości z faktu bycia dla siebie. Już wtedy przeżywali takie piękne stany dzięki bólowi, który jest naturalnym elementem, częścią stworzenia. Zapewne byli też dla siebie wzajemnie oparciem w czasie burz, wichur. Mogli się do siebie przytulić i złagodzić lęk. Czynienie ziemi poddanej związane było z uprawą ziemi, pielęgnacją roślin, zrywaniem owoców. W związku z tym możliwe było też oddalanie się ich obojgu od siebie, a więc też przeżywanie stanu samotności, tęsknoty. To także są doznania, będące częścią bogatej mapy uczuć człowieka.
Grzech pierworodny, nieposłuszeństwo Bogu i otwarcie się na wpływ szatana, wprowadziło zupełnie nową kategorię bólu i cierpienia. A może po prostu spowodowało zmianę kategorii, coś, co było dobre, stało się złe. Podobnie jak praca, która była od początku przyjemnością, stała się katorgą. Zaistniała też kategoria zupełnie nowego zła, będącego źródłem wielu strasznych cierpień: podniesienie ręki jednego człowieka na drugiego:

„Rzekł Kain do Abla, brata swego: «Chodźmy na pole». A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go” ( Rdz 4,8).

Wcześniej z powodu bólu fizjologicznego można było liczyć na pomoc, na wsparcie tego drugiego, bliźniego, brata, przyjaciela, możliwe to było ZAWSZE! Był on pewnym źródłem solidarności, współczucia, miłosierdzia. Wiedziało się, że nawet, jak rana mocno zaboli, to zawsze będzie się do kogo przytulić, będzie ktoś, kto pogłaszcze, otrze łzy. Teraz następuje pogwałcenie tych relacji, nieodwracalne zniszczenie ich. Następuje utrata pewności wsparcia, ale też zrodzenie się realnego zagrożenia ze strony tego, który był źródłem tylko dobra. Obecnie może on zranić, zadać ból, cierpienie, może zabić! To jest największy dramat człowieka po upadku. Nie fakt powstania bólu i cierpienia, tylko prawda, że wcześniej człowiek dla człowieka był tylko bratem, przyjacielem, aniołem, istniała pewność posiadania towarzysza, dającego poczucie bezpieczeństwa. Przyczyna bólu była tylko fizjologiczna, naturalna, „swojska”. Teraz ta błogość przestaje istnieć. Zagrożenie o niesłychanej intensywności czyha wszędzie. Ale najbardziej dramatyczne jest to, że ten, który był źródłem wsparcia, miłości, ten, który kochał, przytulał, pielęgnował, który pomagał rozwijać szlachetne i wzniosłe cechy, ten, którego tylko się kochało, teraz rani, zadaje katusze, zabija. Nie ma już granic zabijania, torturowania. Wszystko, co najgorsze, zostaje wyzwolone, otwarte. Zło, które do tej pory było uwięzione, nie miało dostępu do człowieka, wchodzi w ludzki, piękny świat i zatruwa go. Człowiek otwiera się na nie, wchodzi w jego zasięg i staje się jego wykonawcą. Materializuje zło, które to tej pory było poza kategoriami świata. Nie ma już hamulców. Matka zabija swoje dziecko, brat torturuje brata, ojciec gwałci córkę. Cierpienie z powodu bólu fizjologicznego, spowodowanego zlekceważeniem praw przyrody lub nieostrożnością, staje się tylko malutką cząstką całego cierpienia, które nęka człowieka. I tak będzie ZAWSZE!
Spośród wszelkiego cierpienia, wszelkich zranień, tych, które wynikają z kontaktu z przyrodą jest niewiele. Znacznie więcej bólu jest konsekwencją skażonej natury człowieka. Upadek z drzewa, otarcie kolana, utonięcie z powodu zlekceważenia głębokości wody, złamanie kręgów szyjnych po nierozważnym skoku do jeziora to tylko malutki procent wszelkiego cierpienia, którego doznaje ludzkość. Można to dostrzec także w wymiarze indywidualnym. Ile cierpi każdy z nas z powodów „naturalnych”, a ile z powodu postawy drugiego człowieka. Np. w przypadku dziecka złamanie ręki po upadku z drzewa wywołuje cierpienie, ale jest ono tylko cząstką w porównaniu z tym, czego może dziecko doznać z powodu braku miłości ze strony rodziców, ich rozwodu, raniących słów, brutalnych zachowań. Niewątpliwie w wymiarze globalnym cierpienie zadawane drugiemu człowiekowi, jako skutek grzechu pierworodnego, przybiera najstraszniejsze oblicze w zabijaniu dzieci nienarodzonych, a także zabijaniu starych rodziców przez dzieci (tak można nazwać praktyki eutanazji i działania z nią związane, jest to eliminacja starych ludzi, realizowana przez ich dzieci, nie koniecznie bezpośrednio, ale z przyzwoleniem, wręcz zachętą, często presją). Oczywiście wszelkie przykłady ludobójstwa „wojennego” także, ale te wcześniejsze są najbardziej drastyczne, ale także są początkiem, przyczyną tych drugich. Wiele osób, m.in. błogosławiona Matka Teresa, mówił wprost, że jeżeli matka podnosi rękę na swoje dziecko w swoim łonie, to nie dziwmy się, że człowiek nie ma już żadnych hamulców w podnoszeniu ręki na brata. Niemniej po grzechu pierworodnym można już po człowieku spodziewać się wszystkiego. Nic już nie powinno nas dziwić, chociaż zapewne wiele razy zdziwimy się jeszcze z powodu okrucieństwa człowieka.
Inną tragedią wywołaną otwarciem się na szatana było zamknięcie dostępu do drzewa życia. Wypędzenie z Raju, jako naturalna konsekwencja odwrócenia się od Boga, spowodowało utratę możliwości bezgranicznego dostępu do Bożego błogosławieństwa. Wcześniej było ono nieograniczone i korzystanie z niego nie było obwarowane warunkami, było nieprzerwane, ciągłe, a bycie w jego zasięgu nie wymagało wysiłku. Po upadku i wypędzeniu z ogrody Eden człowiek nie utracił dostępu do Bożych łask, ale korzystanie z nich wymaga wysiłku, spełnienia różnych warunków, ale także wymaga trudu przeciwstawienia się temu, który stale utrudnia dostęp. Bóg nie odebrał człowiekowi możliwości sięgania po owoce z drzewa życia, zaistniały tyko warunki, które trzeba spełnić z niemałym trudem. Stało się tak nie z powodu zmiany postawy Boga wobec człowieka, tyko ze względu na zmianę postawy człowieka wobec Boga. Człowiek stał się nieposłuszny, zapragnął autonomii, rozumianej na sposób szatański. Łatwo można dostrzec to w wymiarze indywidualnym, kiedy udaje się nam otwierać na Boże natchnienia, kiedy dostrzegamy silne pragnienie dobra w sobie, jednocześnie odczuwamy jak ciężką pracą jest okupione osiągnięcie postawy otwartości na Boga i realizacji dobra. Bardzo czytelnie opisuje tę zależność św. Paweł:

„Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło” ( Rz 7, 18-21).

Podobnie jest w wymiarze globalnym. Jeżeli ludzie starają się żyć zgodnie z Dekalogiem, staje się to gwarantem właściwych relacji międzyludzkich, ale jednocześnie zdajemy sobie sprawę jak wielkiego wysiłku i konkretnych działań wymaga to od społeczności. Jednak odwrócenie się od tych zasad momentalnie wywołuje makabryczne konsekwencje, często długotrwałe, wielopokoleniowe, rozprzestrzeniające się na zasadzie reakcji łańcuchowej.
Z zagadnieniem cierpienia musimy się ciągle mierzyć, ale nie zapominając o różnicy w jego genezie, źródle i przyczynie pochodzenia. Postawmy kilka wniosków:
1. Nie cały ból nękający człowieka jest spowodowany przez grzech pierworodny. Część tego bólu jest skutkiem bycia fragmentem przyrody, jest cząstką naszej natury.
2. Człowiek zawsze miał w sobie możliwość wykorzystania cierpienia, spowodowania, aby z tego przykrego uczucia wyrosło dobro.
3. Nawet z cierpienia przeżywanego na najwyższym poziomie, np. wywołanego prze złą postawę osoby, którą się kocha, można uzyskać wielkie korzyści duchowe.
4. W tych trudnych sytuacjach uzyskanie dobrych owoców z cierpienia nie jest możliwe bez Bożej łaski.
5. Źródłem inspiracji i siły do czerpania korzyści ze złych stanów jest Jezus, który tę drogę tak właśnie przeżył.
6. Największą „dawkę” wzmocnienia od Jezusa czerpiemy z Eucharystii.

3. Śmierć

Śmierć także jest od początku częścią natury człowieka. Wspomniane już wyżej rajskie drzewo życia:

„Na rozkaz Pana Boga wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące oraz drzewo życia w środku tego ogrodu” (Rdz 2, 9),

było źródłem łask pozwalających na trwanie w dobrym zdrowiu, stałej równowadze wewnętrznej. Zapewniało ono długowieczność, ale nie nieśmiertelność. W momencie dojścia do kresu, do naturalnej starości, wyeksploatowania się sił witalnych, następowało łagodne przejście do kolejnej fazy życia. Do życia duchowego, nieograniczonego przeszkodami wynikającymi z bycia częścią przyrody. Było to przejście od razu do szczęśliwej wieczności, bez leku, co do samego przejścia i co do losu po śmierci, delikatne zaśnięcie, „odłożenie na bok powłoki cielesnej”, przeobrażenie na wzór poczwarki w motyla. Cielesność nie mogła być stanem w pełni na „obraz i podobieństwo Boga” (por. Rdz 1, 27) gdyż nawet w stanie przed grzechem pierworodnym, posiadała pewną ograniczoność: ból, potrzeby fizjologiczne i konieczność ich zaspakajania, nawet śmierć. Człowiek przed zerwaniem owocu z drzewa poznania dobra i zła, nie miał gwarancji, że nie spadnie ze skały, nie utopi się, nie spadnie na niego konar drzewa, nie nadepnie go ogromny gad. Mogło tak się stać. Oczywiście samo zejście w takiej sytuacji było czymś czystym, naturalnym, jak w harmonijnym świecie przyrody. Śmierć zwierzęcia, robaka, ryby była i jest częścią naturalnych przemian zachodzących w przyrodzie. Kiedy wielki niedźwiedź idzie prze las, nie jest w stanie przy swojej masie nie rozdeptać wielkiej ilości fauny, zamieszkującej trawę, ściółkę. Zakończenie życia tych istotek nie jest tragedią, ma też swój sens. Martwy robaczek staje się pokarmem dla innych stworzeń, albo składnikiem gleby, na której wyrasta piękny kwiatek. W idealnych warunkach, istniejących w Raju, człowiek zaistniał jako część przyrody, jako śmiertelny i jego śmierć nie była tragedią. Rozum i wolna wola oraz nakaz czynienia sobie ziemi poddanej, nie umiejscowiły człowieka ponad przyrodą, ponad jej prawami. Na płaszczyźnie biologicznej był on zawsze częścią wszechświata, podlegającą jego prawom. Ograniczoność człowieka w porównaniu z istotami duchowymi, była potwierdzeniem, że doskonałość, wynikająca ze stworzenia na podobieństwo Boga, nie mogła w pełni zrealizować się na płaszczyźnie biologicznej, cielesnej. Natomiast mogła w sferze duchowej po naturalnej i łagodnej śmierci. Życie człowieka w okresie płodowym, mimo wielu elementów korzystniejszych (nago-bez troski o ubiór, ciepło, bezpiecznie, bez troski o pokarm), jest tylko etapem nieskończonej egzystencji człowieka. Po nim następuje naturalny poród, jako łagodne przejście z jednej fazy w następną. Podobnie po przeżyciu ziemskiego życia, jako etapu, następowałoby bezbolesne przejście do, w pełni doskonałego, stanu duchowego. Można więc powiedzieć, że doskonałe życie człowieka mogło się realizować w trzech fazach: życie płodowe w łonie matki, po opuszczeniu tego łona, po opuszczeniu ciała- też łona matki ziemi.
Niezaprzeczalnym argumentem może być ziemskie życie Jezusa, w czasie którego podlegał on naturalnym prawom przyrody. Przebywając na pustyni Judzkiej musiał się liczyć z możliwością ataku lwa, skorpiona, węża. Także Matka Pana, w której skutki grzechu pierworodnego nie były obecne, musiała przejść wszystkie fazy ziemskiego życia, w którym obecne były bóle rodzenia, lęk o życie syna, ból wywołany słowami starca Symeona, rozpacz połączona z udręką podczas makabrycznych tortur i odejścia Syna.
Grzech pierworodny nie spowodował śmierci w znaczeniu jej zaistnienia, ale ukazanie się śmierci jako dramatu, pełnego bólu i obaw. Tak jak poród fizjologiczny: „W bólach będziesz rodziła” (Rdz 3, 16), zaistniał w nowej jakości, jako coś wywołującego lęk i obawy. Śmierć ukazała się w nowej jakości, takiej, jakiej człowiek nie znał. Stała się czymś strasznym już w myśleniu o niej. Samo słowo „śmierć” już wywołuje strach, zamiast kojarzyć się tylko z radością z powodu ukazania się nowego życia, wejścia w kolejną, już ostatnią fazę. Strach związany z tym słowem wynika także z tego, że człowiek wie, jak strasznie może umierać, mając doświadczenie, widząc obok siebie bardzo dużo okrucieństwa. Niewątpliwie można podać wiele przykładów „udoskonalania” sposobów zabijania, ale konsekwencją tego jest też wzrost poziomu lęku przed śmiercią, leku przed umieraniem. Negatywne uczucia związane z tym słowem wynikają także z tego, że po grzechu pierworodnym weszła w sferę świadomości człowieka ogromna dawka niepewności, niewiadomej. Łagodne przechodzenie w stan duchowy, delikatnie, jak błoga drzemka po smacznym obiedzie, związane było z radością wynikającą z pewności wejścia w pełnię szczęścia. Pewna perspektywa duchowej błogości wywoływała uczucie oczekiwania na ten moment. Po grzechu pierworodnym śmierć w nowej jakości powoduje obecność płaszczyzny ogromnego leku i niepewności, co do losu po przejściu na tamtą stronę. Także niepewności, co do istnienie innego stanu życia niż biologiczny, niepewności istnienia Boga.
Zbawcza ofiara Jezusa przywróciła pozytywne oblicze śmierci, ale jako możliwość, z której można i trzeba korzystać. Wielu z tego rezygnuje, a ci, którzy uznają jej wartość, wiedzą jednocześnie, że konieczna jest ciągła walka z wielorakimi przeciwnościami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Tak będzie do końca naszych dni. Nie możliwe jest też wyzbycie się lęku związanego z poziomem bólu, jakiego możemy doświadczać u kresu swoich dni. Pozostaje jednak zawsze pewność na płaszczyźnie wiary, że Jezus oczekuje nas w domu Ojca, i że mamy ciągle możliwość urzeczywistniania Królestwa Bożego już tu na ziemi. A ostatni słowo nie należy do śmierci i do szatana, ale do Boga, mocno i realnie obecnym w swoim Kościele.

[1] Por. M. Guzewicz,”Postawy wobec cierpienia w Biblii”, Poznań 2005r.

[2] Por. „Praktyczny Słownik Biblijny”, praca zbiorowa pod redakcją Antona Grabner-Haidera, Warszawa 1999 r., s. 274.

Opublikowano dnia środa, 30 Wrzesień 2009 o godz. 14:56 w kategorii Refleksje. Możesz śledzić komentarze tego wpisu przy pomocy kanału RSS 2.0. Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.

Zostaw odpowiedź

*