Pięknę świadectwo Krysi

22 września 2009 | Dodaj komentarz »

Już na samym początku naszego małżeństwa maż wyjechał do pracy do DDR. Miało to w tamtych czasach dużo dobrych stron. Były pieniądze, były ciekawe towary, których nie było w Kraju, można było dorobić na sprzedaży czegoś przywiezionego. Ale bardzo szybko pojawił się też alkohol. Zaczynało go być coraz więcej. Nie wiem dokładnie jak, ale stało się to już nałogiem. Po powrocie z DDR maż już pił, bo musiał. Było coraz gorzej. Urodziło się w między czasie dwóch synów. Odsunęli się od nas bliscy, znajomi, sąsiedzi. Byliśmy zupełnie sami. Było tragicznie. Byliśmy chorzy. Mąż trafił na leczenie, tam poznał franciszkanina, ojca Pawła, który zaprosił go do Rokitna. Po powrocie z leczenia sam chciał jechać do Rokitna. Pojechaliśmy. Nigdy nie zapomnę przytulenia o. Pawła na powitanie. W naszym cierpieniu, odsunięciu przez ludzi tego najbardziej potrzebowałam. Najpierw serdecznie przytulił mnie, potem męża. Po 25 latach picia mąż przestał pić. Potwierdził, że na chleb może zabraknąć, ale nie na wyjazdy na rekolekcje trzeźwościowe do Rokitna.
Nasze małżeństwo było jeszcze piękniejsze niż na początku. Mąż starał się nadrobić mi te 25 lat piekła. To były drobiazgi, ale codziennie. Np.: „Krysiu, zobacz jaki jabłuszko kupiłem dla ciebie”.
Kiedy chodziliśmy na zakupy sam nosił siatki, nie chciał, abym mu pomogła, mówił: „ty nosiłaś sama przez 25 lat, teraz ja będę nosił”. Było cudownie. Niestety po siedmiu latach tego szczęścia zmarł…
Jeszcze w latach osiemdziesiątych starszy syn w wieku 17 lat uciekł do Berlina Zachodniego. Uciekał przed wojskiem. Tam poznał dziewczyną, urodziła się córeczka – ślubu nie mieli. Po przemianach ustrojowych wrócił do Polski, ale sam, rozstał się z tamtą kobietą.
Było mu ciężko, kochał córeczkę. Po paru latach poznał dziewczynę, ona też miała za sobą nieudany związek. Wzięli ślub kościelny. Myślałam, że umrę ze szczęścia , kiedy przed ślubem zobaczyła syna przy konfesjonale – po 13 latach wrócił do Boga. Ja zawsze się o to modliłam. Jeszcze przed ich ślubem, kiedy zapytałam o możliwość ochrzczenia jego córeczki z pierwszego związku- miała już wtedy 4 latka- strasznie mnie skrzyczał, powiedział dużo złych słów na wiarę, na Kościół, na księży. Nie wracałam do tego. Płakałam i modliłam się. Kiedy wnuczka miała 8 lat zadzwoniła jej mama z Berlina i zapytała, czy nie chciałabym przyjechać na jej chrzest – listopad- myślałam że śnię. Pojechałam. W maju była I Komunia, też byłam, ale już z synem, i jego żoną. Spełniły się moje marzenia i modlitwy. Mama wnuczki jest sama i żyje blisko Boga.
Młodszy syn po skończeniu politechniki nie mógł znaleźć pracy. Na studia wziął kredyt studencki, teraz już musieliśmy go spłacać. Ja miałam tylko rentę. Było tragicznie. Pojechał na rok do Anglii, aby podszlifować język. Po powrocie nie było pracy nadal. Byłam zrozpaczona. Padłam na kolana i powiedziałam Jezusowi, że bardzo potrzebujemy pracę, bo nie mamy środków do życia. Po miesiącu była praca. W międzyczasie syn poznał dziewczynę. Ona jeszcze studiowała. Ale zaczął u niej nocować. Kolejny ból, kolejny atak na niebo. Syn nie słuchał moich próśb, mówił , że jest dorosły i wie co robi. Trwało to 5 lat. Błagałam Boga o ratunek. Ból kolan. Różaniec. Postanowili się pobrać. Mieli już oboje po 30 lat. Poczęło się dziecko. W ciąży badania pokazały straszną sprawę- jelita dziecka na wierzchy, otwarty brzuszek. W 8 miesiącu poród operacyjny. Dziecko od razu reanimowane, było nieprzytomne, problem z oddychaniem. Pierwsza operacja nie przyniosła rezultatu, jelita pozostawały na wierzchu, po drugiej udało się zaszyć- po naciągnięciu skóry. 2 miesiące tylko kroplówki i żadnych nadziei na przyszłość, tylko czekanie. Syn i synowa w szpitalu, ja w kościele albo w domu z różańcem. Miałem chwile zwątpienia. Błagałam Boga o litość dla dziecka. Nie było poprawy, zaczął słabnąć, był tylko na kroplówkach. Zaczęły pękać naczynie krwionośne, nie było już możliwość wkłucia. Wkłucie centralne 3 razy nie powiodło się. Już umierał- z głodu, bo jelita miał niedrożne. W ostatniej próbie udało się wkłuć w aortę. To był ratunek. Ciągle bombardowałam niebo. Pani profesor z kliniki podjęła próbę udrożnienie jelit bez operacji. Udało się . Zaczęło się podawanie kropelek płynu do ust. Jelita zaczęły pracować. Pierwsza kupka była świętem w całym szpitalu. Po dwóch miesiącach mały zaczął przyjmować pokarm do ust. Synowej udało się utrzymać pokarm. Dziś ma 10 miesięcy, jest cudowny. Żyje.
To wszystko zasługa Boga. Nie wolno ustawać w modlitwie, nawet, jak się nie rozumie, dlaczego tak się dzieje.
Wiem, że modlitwa wytrwała i cierpliwa, szczególnie matki i babci, przynosi efekty, musi być tylko wytrwała. Zawsze wtedy, kiedy było najtrudniej szłam do spowiedzi, potem brałam różaniec do ręki i na kolanach prosiłam o wsparcie. Dziś mam już drugą wnuczkę- od starszego syna , z jego małżeństwa. Wszyscy się bardzo szanujemy i kochamy.
Krysia

Opublikowano dnia wtorek, 22 Wrzesień 2009 o godz. 12:34 w kategorii Małżonków. Możesz śledzić komentarze tego wpisu przy pomocy kanału RSS 2.0. Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.

Zostaw odpowiedź

*