Do czego powołana jest rodzina?

22 września 2009 | Dodaj komentarz »

Do czego powołana jest rodzina?

Zagadnienie powołania jest w tym roku wnikliwie analizowane. Jako mąż i ojciec pragnę zastanowić się nad celem mojego życia tu na ziemi, nad zadaniem jakie postawił przede mną Stwórca. Chciałbym, aby ta refleksja pomogła wszystkim w odkryciu i realizacji piękna i wielkości głównego powołania osób świeckich.
Jako punkt wyjścia musimy przyjąć starożytny tekst biblijny, zapisany ponad trzy tysiące lat temu, a dziś będący bardzo aktualnym. Ciągle się nim zachwycam i odkrywam kolejne płaszczyzny treści, które trzeba znać, może właśnie szczególnie w 2007 roku. Oto ten tekst:
„Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi»” (Rdz 1, 27-28).

Miłość

Najpierw musimy się ucieszyć, że jesteśmy stworzeni na podobieństwo Boże. To fascynująca prawda pozwalająca łagodzić wiele napięć spowodowanych odczuciem niedosytu, zawiedzionych oczekiwań ze strony współmałżonka, dziecka. Najbliższe mi osoby: moja żona, moje dzieci są obrazem Boga! Dobry Ojciec zna je doskonale, wie o ich (i moich także) wadach, niedoskonałościach i kocha ich takimi, jacy są. A oni rzeczywiście są Jego odbiciem. Nie wolno mi samolubnie obrażać się, odwracać, narzekać mając tak wielki dar obok siebie, jakim są moi najbliżsi. Ale owo podobieństwo do Boga to także największe zadanie, jakie staje przed nami tu na ziemi, a więc pierwsze i najważniejsze powołanie każdego człowieka! Św. Jan Apostoł i Ewangelista z genialnym wyczuciem definiuje Stwórcę: „Bóg jest miłością” (1J 4, 8.16). A ponieważ jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, wiec: Ja jestem miłością, jest nią moja żona, mój syn, moja jedna i druga córka! Czyż to nie fascynująca i porywająca prawda? Wszyscy wokół mnie, wszyscy ludzie na świecie, będący odbiciem Boga, są … . A tyle wokół nas zła? Tak, jesteśmy stworzeni do miłości, powołani do niej. Nosimy w sobie najbardziej naturalny kod genetyczny, w pełni uzdalniający nas do życia miłością, do realizacji jej we wszelkich relacjach, jednak skażenie grzechem pierworodnym bardzo utrudnia nam wywiązywanie się z tego zadania.
Jednak Bóg nas nie pozostawił bezradnymi i skazanymi na niepowodzenie. Na drogach życia sakramentalnego znajduje się wiele niewyczerpanych źródeł, z których stale możemy korzystać.
Jak w relacjach rodzinnych, wobec najbliższych osób, wypełniać nasze podstawowe powołanie? Tu znowu przychodzą nam z pomocą bardzo konkretne słowa z Ksiąg Natchnionych: „Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” ( Ga 5,22-23). Jeśli jeszcze do tego dodamy słowa ze znanego „Hymnu o miłości” świętego Pawła: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (1 Kor 13,4-7), otrzymujemy wyczerpującą receptę. Bardzo lubię te teksty, gdyż są bardzo czytelne, jasne i konkretne. Dzięki nim rozumiem, że im więcej mam wobec moich najbliższych łagodności, opanowania, cierpliwości, dobroci, radości, tym bardziej staję się ikoną Stwórcy w swoim środowisku, a więc skuteczniej realizuję moje główne powołanie.

Małżeństwo

Ciągle mocno podkreślam sobie i innym, że stawanie się na podobieństwo Boga, poprzez realizację miłości, ma się dokonywać najpierw i przede wszystkim wobec współmałżonka i dzieci. Skąd pewność, co do tej właśnie kolejności? To także jest zapisane w naszym głównym cytacie. Kiedy spojrzymy na końcówkę wersetu 27 i początek 28: „…stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się,…”, nie możemy mieć wątpliwości, że podstawowym, pierwszym środowiskiem, w którym musimy realizować nasze najważniejsze zadanie tu, na ziemi, jest małżeństwo i rodzina. Ta prawda jest również cudowna i genialna! W naturalny sposób jesteśmy „zaprogramowani” do tego, aby wszystkie prawdy ewangeliczne realizować w swoim pierwotnym środowisku. Bóg nie stworzył człowieka jako osoby samotnej i do życia w samotności. Jesteśmy stworzeni do życia w małżeństwie i rodzinie, i w tych wspólnotach, relacjach tworzyć mamy swoje podobieństwo do Dobrego Ojca. Ważna jest tu kolejność wymieniania podstawowych środowisk człowieka. Potwierdza ją Jan Paweł II: „Komunia małżeńska stanowi fundament, na którym powstaje szersza komunia rodziny, rodziców i dzieci, braci i sióstr pomiędzy sobą, domowników i innych krewnych” („Familiaris Consortio”, punkt 21). Najpierw współmałżonek, potem pozostali członkowie rodziny. Ta hierarchia osób w rodzinie, jest jednym z głównych warunków jej właściwego funkcjonowania.
W pierwszej kolejności jesteśmy więc powołanie do małżeństwa, a następnie do rodzicielstwa. Realizacja owych pięknych wyżej przytoczonych słów z Listów św. Pawła musi następować również w takiej kolejności. I wówczas skutecznie rozwijać się będzie zależność, że to od jakości małżeństwa zależy jakość rodziny, parafii i całego Kościoła i narodu.
Powołanie do małżeństwa jest w pewnym sensie „prapowołaniem”. Tu także można mówić o swoistym przymusie, predestynacji. Nawet naukowcy udowodniają, że każdy człowiek jest „genetycznie zaprogramowany” do życia w małżeństwie. Jest to więc podstawowa wspólnota, w której dokonywać ma się realizacja wszelkich prawd ewangelicznych, ale też najlepszy, optymalny sposób przeżycia ziemskiej wędrówki. Coraz więcej konkretnych argumentów przemawia za tym twierdzeniem. Dowiadujemy się, że osoby żyjące w małżeństwie są zdrowsze i żyją dłużej, że to właśnie małżeństwo warunkuje rozwój ekonomiczny społeczeństwa, i że ono jest niekwestionowanie najlepszym środowiskiem „tworzenia” nowego życia i jego rozwoju. Nie dawno zapoznałem się z opracowaniem Gary Beckera, laureata nagrody Nobla z dziedziny ekonomii, który udowodnił, że: „Podstawą rozwoju ekonomicznego społeczeństwa jest trwałe, monogamiczne, heteroseksualne małżeństwo, koncentrujące się na inwestycjach „specyficznych”. Najoczywistszym i najczęstszym przykładem takich inwestycji „specyficznych” stanowią dzieci”.

Rodzicielstwo

Z treści rozważanego przez nas tekstu biblijnego płynie także przesłanie zobowiązanie do rodzicielstwa: „Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną»”. Jest rzeczywiście wyraźne zobowiązanie. Małżeństwo sakramentalne jest w posiadaniu wielkiego daru, którym jest stały i nieograniczony dopływ Bożej łaski. Jednak podstawowym i najskuteczniejszym sposobem otwierania się na ten dar jest otwartość na rodzicielstwo. Lubię to wyrażać słowami: „Im więcej dzieci w małżeństwie, tym więcej Bożego błogosławieństwa”. Jakże wiele refleksji się tu rodzi. Najpierw trzeba podkreślić, że zamykanie się na dar nowego życia, na potomstwo, unikanie poczęcia, odkładanie ze względu na uwarunkowania ekonomiczne, karierę zawodową, jest nieporozumieniem. Potwierdza nie rozumienie fundamentalnej prawdy, że małżeństwo powołane jest najpierw do realizacji miłości, do jej urzeczywistniania, ale najpełniej dokonuje się to przez rodzicielstwo. Znowu przywołajmy słowa Jana Pawła II: „A ponieważ według zamysłu Bożego rodzina została utworzona jako „głęboka wspólnota życia i miłości”, przeto na mocy swego posłannictwa ma ona stawać się coraz bardziej tym, czym jest, czyli wspólnotą życia i miłości w dążeniu, które – podobnie jak każda rzeczywistość stworzona i odkupiona – znajdzie swoje ostateczne spełnienie w Królestwie Bożym” („Familiaris Consortio”, punkt 17).
Smucę się, kiedy słyszę stwierdzenia, wypowiadane przez młodych małżonków sakramentalnych, że nie chcą mieć dzieci, boją się je mieć z powodów materialnych, odkładają poczęcie ze względu na pracę, karierę, dokształcanie. A przecież sam Jezus nie pozostawi wątpliwości, że nic tak mocno nie urealnia Jego obecność pośród małżonków, jak dzieci: „Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje” ( Mk 9, 37 ). Poprzez dzieci, dzięki nim w rzeczywistość małżeństwa kolejny raz wkracza Chrystus, przebywając z rodziną, zamieszkując pod tym samym dachem, dzieląc z nią radości i smutki.
W 10 rozdziale Ewangelii Markowej zamieszczony jest fragment ukazujący zachowanie Jezusa wobec uczniów w związku z dziećmi. Biorąc pod uwagę wypowiadane tu słowa dostrzegamy, że Nauczyciel stawia je jako wzór i potwierdza, że dzieci są najważniejsze w rodzinie: „Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: «Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę powiadam wam: Kto nie przyjmuje królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego». I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je” ( Mk 10, 13 – 16).
Oburzenie Jezusa jest bardzo ładne, takie ludzkie. Trochę się zdenerwował na uczniów, którzy mimo swego wieku i doświadczenia nie rozumieli, że dzieci są wielkim skarbem dla każdej społeczności. Wcześniej ( w wersetach od 1 do 12, rozdz. 10) Mistrz wyjaśnił, że małżeństwo jest święte, nierozerwalne ze względu na Boga, a potem dodał, że także ze względu na obecność w nim dzieci. One staja się pomocnikami Stwórcy w dziele budowania trwałości małżeństwa. Ze względu na ich świętość, czystość, piękno wewnętrzne, bliskość Boga małżonkowie zobowiązani są dążyć do pełnej jedności, do świętości.
I tu jest sedno tej pięknej zależności: z jednej strony my rodzice trudzimy się, realizując konkretne zadania, pogłębiające relacje naszych dzieci z Bogiem, z drugiej On sam, w stopniu zapewne znacznie większym, obdarowuje nas wielorakimi łaskami, wynikającymi tylko z faktu obecności dzieci w rodzinie.
Przez kontakt z małym dzieckiem zawsze u człowieka dorosłego pobudzają się pozytywne uczucia. To, co przyciąga do maleństwa to głównie jego niewinność i świętość. W małym dziecku, w stopniu nieporównywalnym do człowieka w kolejnych etapach życia, obecne są w najwyższym stopniu Boże cechy: czystość, dobroć, szczerość, łagodność, miłość. Każdy z nas, dorosłych, wartości te musi w sobie wyrabiać poprzez ciężka pracę, małe dziecko ma je w pełni. Podobny magnetyzm, przyciąganie i emanowanie dobrem, mają w sobie nieliczne dorosłe osoby i wówczas jest w nas pragnienie przebywania z nimi, przytulenia się. Świętość małego dziecka nie jest nam obojętna. Odczuwamy ją, rozbudza naszą wrażliwość, przypomina o drodze, którą musimy przejść, o wysiłku który trzeba podjąć.

Dziecko jest dla małżeństwa, rodziny, otoczenia wielką szansą, pomocą, ale i zobowiązaniem. Pomaga ucieszyć się i uwierzyć, że świętość jest możliwa, ale i konieczna. Jest zadaniem, lecz także fascynującą przygodą, niewyobrażalną perspektywą, której mały fragment ukazuje nam Boże Dziecię ze żłóbka Betlejemskiego i każde maleństwo leżące w wózeczku. Nie można mieć wątpliwości, że dzieci stają się pomocnikami Stwórcy w dziele budowania trwałości małżeństwa i świętości rodziny.

Atmosfera domu rodzinnego

„Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2,52).
Jestem przekonany, że św. Łukasz Ewangelista, autor przytoczonych słów, miał wspaniałych rodziców. Wzrastał zapewne w atmosferze miłości, ciepła, dobroci i wzajemnego poświęcenia. Oczyma wyobraźni widzę jego matkę, wykonującą codzienne czynności z uśmiechem na twarzy. Widzę szczęśliwą kobietę piekącą podpłomyki, mielącą ziarno, sprzątającą izbę, dojącą kozę. Widzę ojca, zwracającego się do swojej żony z szacunkiem, łagodnością, delikatnością i wyrozumiałością. Zdobywającego środki na utrzymanie rodziny, rozmawiającego z synem, tłumaczącego małemu chłopczykowi zasady Tory. Św. Łukaszowi, który wyrósł na szlachetnego młodzieńca, nie zabrakło ciepła i miłości w rodzinnym gnieździe. Wychowywał się i rozwijał w dobrych, można by rzec, optymalnych warunkach, mimo, że jego rodzina mieszkała w kraju, znajdującego się od kilku pokoleń pod okupacją Rzymu.
Na jakiej podstawie można snuć takie przypuszczenia? Dość wyraźnie wskazuje na to klimat trzeciej Ewangelii. Ktoś, kto od najmłodszych lat nie napełniał się ukazanymi wartościami, nie mógłby chyba napisać tylu pięknych słów o rodzinie, o relacjach małżeńskich, o miłości wybaczającej. Biorąc do ręki tekst Łukaszowy, czytając pierwsze jego rozdziały, od razu odczuwamy wyjątkowy klimat rodzinny. Historia zbawienia, już nie narodu wybranego, a całej ludzkości, rozpoczęta w Palestynie, zapoczątkowana była w zwyczajnej rodzinie. Największe Boże dzieła od początku nierozerwalnie wiążą się z rodziną.
Zanim św. Łukasz zrelacjonował wydarzenia związane z życiem Jezusa, ukazał życie krewnych Maryi. Widzimy wspaniałych małżonków Elżbietę i Zachariasza, którzy: „Byli sprawiedliwi wobec Boga i postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich” (Łk 1,6). Kochani staruszkowie zostali w cudowny sposób obdarowani przez Boga potomstwem. Radość z poczęcia, ale i zwykłe troski, pragnie dzielić z nimi młodziutka palestyńska dziewczyna, będąca w stanie błogosławionym. Dopiero w obecności swojej krewnej Maryja wypowiada przepiękny hymn uwielbienia Jahwe (por. Łk 1,46-55). W tej części Biblii znajdujemy jeszcze opis sceny narodzin Jana i nadania mu imienia, w którym także pojawia się ważny element rodzinny: „Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem” ( Łk 1, 58). Po nadaniu imienia i obrzezaniu małego Janka, jego ojciec Zachariasz, napełniony Duchem Św., wypowiada słowa modlitwy, która obok „Magnifikatu”, uznana jest za najważniejszą modlitwę wyznawców Chrystusa ( por. Łk 1,68-80).

Do zrealizowania największych elementów Bożego Planu Zbawienia rodzina jest niezbędna. Sposób w jaki św. Łukasz opisał ten fragment historii, jest wyjątkowy ze względu na wyraźną obecność ciepła rodzinnego. Dostrzeżmy też ważny szczegół: obie modlitwy, Maryi i Zachariasza, wypowiedziane z natchnienia Bożego, wychwalające Stwórcę i Jego dzieła, zrodziły się w okolicznościach spotkań rodzinnych. Odwiedziny, pomoc, zatroskanie o stan starszej krewnej, rozmowa dwóch wybranych kobiet i rodzinno-sąsiedzka uroczystość stały się płaszczyzną wyrażenia największych prawd o zbawieniu.
Taki sposób obrazowania możliwy był tylko dzięki osobistej wrażliwości Ewangelisty, która musiała kształtować się w środowisku wspaniałej rodziny, o klimacie podobnym do opisywanych.
Dlaczego wiadomości te są potrzebne w naszej refleksji? Ponieważ jako rodzice chrześcijańscy powinniśmy mieć świadomość, że jeśli stworzymy Boży klimat w rodzinie, jeżeli będziemy małżonkami „sprawiedliwymi i postępującymi nienagannie”, możemy spodziewać się stałej pomocy Boga w realizacji swoich obowiązków. Możemy spodziewać się i oczekiwać nawet cudownego wsparcia. A nasze dzieci, wzrastające w tym klimacie, na pewno wyrosną na osoby wyjątkowe i wielkie. Może nasz syn, nasza córka, rozwijając się we właściwym klimacie rodzinnym, przepełnionym miłością, wyrośnie na osobę, która za kilka pokoleń wyniesiona zostanie na ołtarze. Może jeszcze za życia czyniąc: „postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2,52), stanie się kimś wyjątkowym, szczególnym, rozsiewającym wokół siebie ziarna dobra, prawdy, piękna i miłości.
Tyle prawd na temat naszego powołanie zawiera natchnione Słowo Boże. Wczytując się w nie bardzo wyraźnie dowiadujemy się do czego Bóg nas wzywa. Jeżeli pojawiają się obawy, czy podołamy, to jako wierzący małżonkowie i rodzice usłyszmy słowa: „Lecz Pan mi powiedział: Wystarczy ci mojej łaski” (2 Kor 12,9).

Opublikowano dnia wtorek, 22 Wrzesień 2009 o godz. 11:25 w kategorii Wykłady rodzinne. Możesz śledzić komentarze tego wpisu przy pomocy kanału RSS 2.0. Możesz zostawić komentarz lub wysłać sygnał trackback ze swojego bloga.

Zostaw odpowiedź

*